Mocno odepchnięty napastnik (pchnięcie kulą to sport wymagający dużej siły) wpadł do kuchni i uderzył o stół łamiąc go. Pomimo to poderwał się i wyskoczył przez okno wybijając szybę. Upadł na trawnik i nie poruszał się. W związku z tym Arkadiusz R. zbiegł na dół i wezwał pogotowie ratunkowe. W międzyczasie jedna z sąsiadek nadeszła i w nieprzytomnym mężczyźnie rozpoznała sąsiada, czyli Sławomira W. o czym powiedziała Arkadiuszowi R. Potem karetka zabrała nieprzytomnego człowieka do szpitala.

Z wersji, którą podawał potem w sądzie Sławomir W., wynikało, że nie został on popchnięty do kuchni tylko Arkadiusz R. chwycił go za bluzę i za spodnie, podniósł do góry i z całej siły cisnął na stół, który się połamał.

Potem miał go podnieść i rzucić nim w okno aż ten razem z szybą wypadł na zewnątrz. Sławomir W. próbował oskarżać Arkadiusza R. o próbę zabicia go, ale sąd nie dał wiary jego zeznaniom i przyjął wersję kulomiota, choć z pewnym powątpiewaniem.

Policjanci po wysłuchaniu relacji Arkadiusza R. powiadomili o sytuacji dyżurnego, który uznał, że jest szansa na pozbycie się na parę lat uciążliwego Sławomira W. i prawidłowo puścił w ruch policyjną machinę. W mieszkaniu Anety R. potraktowanym jako miejsce włamania, przeprowadzono oględziny, a w znajdującym się w tym samym bloku mieszkaniu Sławomira W. w ramach czynności niecierpiących zwłoki przeprowadzono przeszukanie.

W szpitalu zabezpieczono ubranie Sławomira W., znajdując w bluzie przedmioty do dokonywania włamań, czyli tzw. piórka i automat do otwierania zamków. Wówczas mężczyzna nie odzyskał jeszcze świadomości, ale lekarze byli dobrej myśli. Okazało się, że dobrze przewidywali, iż ich pacjentowi nic poważnego się nie stało.

W mieszkaniu Sławomira W. w obecności jego żony policjanci znaleźli kolejne przedmioty do dokonywania włamań. Trzymał je w wiadrze na śmieci, stojącym pod zlewem w kuchni i wyposażonym w worek. Wytrychy i elektroniczne urządzenie do rozbrajania autoalarmów samochodowych leżały na dnie wiadra zawinięte w papier, a na to włożono worek, do którego wrzucano śmieci. Policjanci znaleźli też i zabezpieczyli kilkadziesiąt wyrobów ze złota i dziewięć zegarków o znacznej wartości. Cztery złote wyroby i dwa zegarki rozpoznano później, jako pochodzące z innych kradzieży z włamaniem, w tym jednego z nich dokonano tydzień wcześniej w tym samym bloku. Niestety wobec braku innych dowodów, udało się jedynie w tym przypadku oskarżyć Sławomira W. o paserstwo, bo twierdził, że kupił te wyroby „okazyjnie od nieznanej osoby”.

 

Zdrowy

Gdy policjanci skończyli swoje czynności w bloku przy ul. B. Prusa w S., ze szpitala nadeszła informacja o tym, że Sławomir W. odzyskał przytomność i ubrany w szpitalny szlafrok uciekł ze szpitala. Niestety nie był pilnowany przez policjantów, a wszczęte działania pościgowe nie doprowadziły do natychmiastowego zatrzymania go.

Sprawdzone później zapisy ze szpitalnego monitoringu dowiodły, że ukrywał się gdzieś na terenie szpitala, przez co najmniej sześć godzin i opuścił go  dopiero nocą.

Prawdopodobnie nawiązał już wtedy kontakt z kimś z zewnątrz, kto podjechał samochodem i pomógł mu w ucieczce.

Został zatrzymany dwa miesiące później, gdy w nocy przyszedł do swojego mieszkania, aby zobaczyć się z żoną i dziećmi. Policjanci obstawili budynek i gdy o 5 rano wychodził z klatki schodowej został zatrzymany. O tym, że przyszedł do żony, ktoś anonimowo powiadomił policjantów telefonicznie.

Sławomir W. za włamanie oraz sześciokrotne paserstwo został skazany na łączną karę, 10 lat pozbawienia wolności, a na tak wysoki wyrok miała także wpływ jego uprzednia karalność. Jego adwokat próbował udowodnić, że do kradzieży nie doszło i podnosił fakt pobicia swojego klienta przez osobę, która go zastała w mieszkaniu. Sąd był jednak jednoznaczny w swoich ocenach i uznał, że do kradzieży nie doszło jedynie dlatego, że złodziej został złapany na gorącym uczynku.

Żona Sławomira W. sprzedała mieszkanie w tym bloku i przeprowadziła się do swoich rodziców, gdzie będzie czekała na powrót męża z więzienia.

Gdy on przebywał w areszcie mówiła sąsiadkom, że ma żal do brata Anety R., że nie dość, iż o mało nie zabił jej męża, to jeszcze oskarżył go o włamanie.

Jej wypowiedzi niezbyt spodobały się sąsiadkom. Przecież okazało się niezbicie, że ten „niekradnący u siebie złodziej” najprawdopodobniej okradł wiele mieszkań w tym bloku, a pewnie też ukradł wiele samochodów. Jeśli nie zrobił tego sam, to zrobili to jego koledzy. W tej sytuacji „przysługa” dla Janiny D. rzeczywiście mogła być wykupieniem samochodu od samego siebie. A może cała kradzież i wykup Mercedesa były od początku zaplanowane?

Dariusz Gizak

Personalia osób i niektóre okoliczności zdarzeń zostały zmienione.

< 1 2 3

UDOSTĘPNIJ SOCIAL MEDIACH:

Komentarze

[fbcomments]