Wnioskować o tym można tylko pośrednio, bo przejawy ich życia i działań jedynie sporadycznie trafiały na łamy prasy. Często w postaci listów gończych, których sporo drukowały gazety – z podaniem za co dany przestępca jest ścigany, niekiedy informacji o ich wyczynach, schwytaniu, osadzeniu i wreszcie o wykonaniu wyroku.

Złodziejski slang też wzbogacał się o nowe określenia uprawianych kradzieży, o nazwy tworzących się specjalności. Jeśli zaś istnieje środowiskowy język, są też ludzie, którzy nim się posługują.

Złodzieje, jak w wiekach poprzednich, stanowili najbardziej liczną, wyróżniającą się grupę osobników łamiących normy prawa. Romuald Hube, profesor prawa karnego na Uniwersytecie Warszawskim, twierdził w 1829 roku na łamach prawniczego periodyku „Themis Polska”, że liczba kradzieży „połowę wszelkich innych przestępstw przechodzi”. Jego uczony kolega, Fryderyk hrabia Skarbek, w późniejszych nieco latach będący dyrektorem Komisji Sprawiedliwości, a więc jakby ministrem tego resortu, wytrawny znawca ówczesnych więzień oceniał, że kradzieże, sprzeniewierzenia i oszustwa, a więc przestępstwa przeciw własności popełnia trzech na czterech skazanych przestępców. Liczbę więźniów osadzonych za kradzieże szacował w połowie dziewiętnastego wieku na 88 procent więziennej populacji! Jak z tego wynika, złodziejstwo wówczas systematycznie narastało; w drugiej zaś połowie XIX wieku nasiliło się jeszcze bardziej, by osiągnąć swe apogeum na przełomie wieków.

Stanisław Milewski

UDOSTĘPNIJ SOCIAL MEDIACH:

Komentarze