Mieszkańcowi XIX-wiecznej Warszawy, złodzieje kojarzyli się natychmiast z „pobytowcami”, chociaż fachowcy z przestępczej „sitwy”, „sztamy” i „chewry” rzadko skazywani byli „na pobyt”.

„Pobytowcy” byli najczęściej miejską szumowiną; skazywano ich na ogół za wielokrotne kradzieże popełniane z głodu w sposób niezdarny i amatorski, często nie tylko przez sądy, ale i w trybie administracyjnym. Owi „pośmieciuchy”, „balony”, „frajerzy”, „tumany”, „luje” – jak ich pogardliwie przezywała złodziejska „ferajna” – byli popychadłami także w więzieniach.

„Pobytowcy” osiedlani bywali w miejscowościach odległych od Warszawy co najmniej 50 wiorst (wiorsta – ok. 1,07 km); miejsce zamieszkania, w przeciwieństwie do skazańców politycznych, którym je wyznaczały władze policyjne – przestępcy ci mogli sobie wybierać sami. Pod koniec XIX wieku w guberni warszawskiej grupowali się, zdaniem prasy, w Warce, Czersku, Grójcu, Skierniewicach, Sochaczewie, Grodzisku i Łowiczu.

„W mieście nagromadziło się tyle pobytowych, że była to jakby kolonia złodziejska” – tak o takiej miejscowości napisała Maria Konopnicka w jednej ze swych nowelek.

Chociaż skazani „na pobyt” musieli się codziennie meldować na policji – bardzo często wracali do Warszawy nim minął im dwu lub czteroletni okres zamieszkania „za czerwonym paszportem”.  Groziła im za to kara niewielka: miesiąc aresztu lub wieży w razie złapania, co się rzadko zdarzało, gdyż znikali w sobie tylko znanych kryjówkach. Wpadali tylko „na gastrole”, jak za złodziejami rosyjskimi nazywano „gościnne występy”. Popełniali także przestępstwa poważniejsze: w mieście mnożyły się w tych latach napady i rozboje, kwitło nożownictwo.

 

„Indywidua tej kategorii – pisał o „pobytowcach” „Kurier Warszawski” pod koniec stycznia 1889 roku – ciągle się wymykają do Warszawy dla spełniania nowych kradzieży”. Gazeta rzuciła więc projekt: wysiedlania ich na odległość 80 wiorst! „Środek  ten – pisano – jeżeli niezupełnie powstrzyma złodziei pobytowych od nawiedzania Warszawy, wpłynie przynajmniej na ograniczenie tych wycieczek”.

Poważni publicyści wskazywali jednak, że sprawa nie jest taka prosta. Pisano o niebezpieczeństwach, jakie stwarzało łączenie przestępców w skupiska. Redagowana przez Aleksandra Świętochowskiego „Prawda” nazywała je „gniazdami rozbojów i grabieży”, a o „pobytowcach” pisała: „Są oni plagą i postrachem całej okolicy. Właściwie ukarani są nie przestępcy, ale nieszczęśliwa ludność, w którą są rzuceni”.

Ktoś inny proponował tworzenie z pobytowych przestępców brygad roboczych do wykonywania robót publicznych; rozwiązanie to przy rosnącym wówczas bezrobociu nie miało jednak szans realizacji. Jeszcze długo na przedmieściach Warszawy śpiewano piosenkę: „Jestem Antek pobytowiec, klawy andrus i nożowiec, i doliniarz też niczego…”

 

Stanisław Milewski

UDOSTĘPNIJ SOCIAL MEDIACH:

Komentarze