Na chłopów dowożących produkty do miasta często dokonywali poważnych napadów różni rabusie. Jeden z procesów na tym tle odbył się w 1876 roku przed warszawskim sądem okręgowym. Szło w nim o rozbój, jakiego dokonało kilku mieszkańców przedmieścia na chłopie, który wiózł do Warszawy beczki pełne śliwek.

Tuż po północy, gdy zbliżał się do rogatki czerniakowskiej, został zatrzymany przez paru ludzi, którzy sprawdziwszy zawartość beczek, zażądali, by dał im jedną. Ponieważ chłop bronił się i krzyczał, napastnicy wyciągnęli go na pole, a któryś chwycił go za gardło i ogłuszył uderzeniem kija w głowę. Następnie zabrali żądaną beczkę.

Sąd skazał ich za rabunek, co autorowi sprawozdania z procesu w „Gazecie Sądowej Warszawskiej” dało powód do wyrażenia dezaprobaty pod adresem adwokatów, którzy nie bronili tezy, iż była to kradzież. Jest to szczegół znamienny, świadczący o chwiejności praktyki sądowej i trudnościach z kwalifikacją przestępstw przeciwko własności ujętych w kodeksie karnym. Sprawozdanie bowiem wyszło spod pióra profesjonalnego prawnika, a nie przypadkowego reportażysty z kurierka.

Wytyczenie granicy między rabunkiem a kradzieżą (zwłaszcza zbrojną, jak to ujmował Kodeks Karzący z 1818 roku), zawsze sprawiało wiele trudności, występujących zresztą do dziś.

Kłopotliwe było ono może nie tyle dla teorii prawa, która zawsze wynajmowała jakieś pozornie precyzyjne rozgraniczenia, ile dla praktyki sądowej.

Już wkrótce po wprowadzeniu Kodeksu Karzącego zwracał na to uwagę sędzia kryminalny, wcześniej adwokat, Damazy Dzierożyński na łamach „Themis Polskiej”, pierwszego naukowego czasopisma prawniczego. Przytaczał jaskrawy przykład, kiedy to kilku wieśniaków popiło sobie z kumą w karczmie, a ponieważ zabrakło im pieniędzy na dalszą libację, jeden z nich ściągnął kobiecie chustę z pleców i dał ją karczmarzowi za wódkę. „Głównym rekwizytum rabunku”, jak pisał autor, było według prawa „przyłożenie ręki” – zakwalifikowano więc jego czyn jako rabunek. Zostali skazani na kilka lat warownego więzienia z wieloma dodatkowymi karami.

Dzierożyński, jako jeden z pierwszych naszych prawników o kryminologicznym podejściu do zjawiska przestępczości, ostrzegał przed taką rozrzutnością karania, wskazując, że w ten sposób przysparza się fachowych zbrodniarzy, którzy w więzieniach uczą się różnych bandyckich sposobów i stają się następnie groźni dla społeczeństwa.

W dyskusjach prawników pół wieku później przeważał pogląd, że rabunek odróżnia od zwykłej kradzieży „gwałt na osobie” (kodeks kar głównych i poprawczych z 1847 roku wyróżniał jeszcze kradzież zbrojną – gdy sprawca miał przy sobie niebezpieczne narzędzie, nawet go nie używając), jak jednak płynne były w praktyce granice tego gwałtu, widać na przykładzie owego chłopa ogłuszonego kijem, gdzie dopatrzeć się można raczej znamion rozboju niż kradzieży.

Niejeden złodziej czy rabuś padał ofiarą chłopskich wideł.

Mieszkańcy podwarszawskich wsi byli bardzo rozsierdzeni wyczynami „pobytowców”, osiedlanych w swoistych koloniach w niektórych miejscowościach. Czasem dochodziło do formalnych bitew. Głośny był przypadek, gdy w 1883 roku nad Wisłą, za Pragą, jedenastu uzbrojonych bandytów napadło na sześciu jadących wieśniaków. Chłopi uszli z życiem tylko dzięki pomocy strażników ziemskich i miejscowej ludności. Dwóch rannych napastników schwytano, reszta zbiegła; wśród napadniętych również było kilku rannych.

Nie był to bynajmniej wypadek odosobniony. W następnym roku „Tygodnik Ilustrowany” odnotował w swej kronice żartobliwie, ale z wyraźną paniką, że „kmotr cichy zebrał bandę andrusów, którzy oskubywali frajerów w okolicy i figlowali, póki nie zrobiono obławy, podczas której schwytano herszta. Są oni – pisano – dalecy od ogłady legendarnych bohaterów brygantyzmu” – i amatorom wilegiatury pozostaje tylko zaopatrywać się w broń.

Ten sam periodyk powrócił do tematu stwierdzając, że Nowa Praga i Szmulowizna są terenem paru napadów rabunkowych dziennie. Wyrażano przy tym opinię, że okolice te są ziemią obiecaną dla przestępców operujących „na grandę”, jak od XVIII co najmniej wieku określano napady rabunkowe (od franc. grendal – mieszkaniec lasów; grandziarz, rozbójnik); pod koniec XIX wieku upowszechniło się określenie: „stopa”, „na stopkę”.

 

Powiedzenia „iść na grandę” czyli na bandytyzm używano czasem zamiennie z „iść na duś”. Odmianą tej metody było znane już pod koniec XIX wieku i odżywające wciąż na nowo działanie „na bombę”. Polegało ono na tym, że bandyta szedł za upatrzonym przechodniem i w ustronnym miejscu uderzał go w tył głowy czymś ciężkim a później obrabowywał nieprzytomnego delikwenta.

Stanisław Milewski

UDOSTĘPNIJ SOCIAL MEDIACH:

Komentarze