Henryk Sienkiewicz – jeszcze nie taki sławny, bo najważniejsze dzieła miał ciągle przed sobą – zaobserwował w jednym ze swoich felietonów pisanych w 1875 roku dla „Gazety Polskiej”, że potok pojazdów na rogu Bielańskiej i Senatorskiej „przechodzi wszystko, o czym można zamarzyć.

Dla mieszkańców Warszawy jest to prawdziwa szkoła gimnastyki, w której nauczycielami są nasi woźnice”.

Adwokata Leo denerwowały nieprzebrane sznury furmanek między którymi niepodobna się było przecisnąć. „Jest to jedna z oryginalności warszawskich” – pisał z widocznym gniewem – że ulice, którymi największy ruch się odbywa, należą do najciaśniejszych. Senatorska od placu Teatralnego do Zygmunta (kolumny – SM), Wierzbowa, Żabia i Graniczna są głównymi arteriami ruchu miejskiego, tamtędy wloką się wszystkie wozy, powózki, furmanki, fury z drzewem, z ciągłymi przystankami. Dla mieszkańców zaś Warszawy, którzy koniecznie tamtymi ulicami za interesami swymi zdążać muszą, przebycie wymienionych ulic jest rzeczą prawie niemożliwą. Nie mówię o wyjątkowym czasie, gdy lody rozrębują po odwilży, bo wtedy wszelkie usiłowanie przejazdu przez jedną z rzeczonych ulic jest połączone z niebezpieczeństwem życia; ale i w zwykłej, normalnej epoce każdy warszawiak dbały o drogi czas poświęcony jest dla pierwszego lepszego „chama”, któremu to dogadza wlec swoją furę najkrótszą drogą. Inne ulice, szerokie, wygodne, przez cały dzień nie usłyszą skrzypnięcia koła; wszystko sznurem idzie tamtędy, gdzie najciaśniej. Na to jeden tylko sposób: dla wszelkich transportów tranzytowo na kołach przez Warszawę idących powinny być wskazane ulice, którymi im iść nie wolno; co zaś do furmanek i wozów, które szeregiem idąc ładunek swój odbierają lub składają w mieście, tym winno być nakazane zachowanie odstępów dostatecznych dla przejścia lub przejechania pomiędzy nimi. Zdarza się bowiem często, że na skręcie ulicy do czterdziestu furmanek nieprzerwanym szeregiem się wloką, a biednemu mieszczuchowi nic innego nie pozostaje, jak upatrywać chwilę, w której bez narażenia się na szwank na drugą stronę przedrzeć się zdoła (…). Czasem przyjdzie czekać i kwadrans, a może i pół godziny zanim się przedrzeć można”.

 

Za najbardziej niebezpieczne na jezdni uważał Sienkiewicz sanki, „Sanną – pisał w jednym z felietonów drukowanych w tym czasie w „Gazecie Polskiej” – zamaszyściej się jeździ niż kołową. Trudniej przy tym uciekać, bo znów panuje u nas ten zwyczaj, że konie biegną środkiem ulicy, a sanki to już tam, jak sobie chcą – koło lewego chodnika lub prawego, zależnie od tego na którą stronę się zatoczą”. Korzystających z sanny na ulicach – policja już od końca XVIII wieku upominała porą zimową, by nie ważyli się używać sanek bez dyszla, gdyż wówczas jeździły one jeszcze bardziej „zamaszyście”, od jednej strony ulicy do drugiej.

Stanisław Milewski

UDOSTĘPNIJ SOCIAL MEDIACH:

Komentarze