Zabójstwo Katarzyny Z. pod koniec 1998 roku to jedna z najbardziej makabrycznych zbrodni w powojennej historii Polski. Pojawiają się nawet opinie, że zbrodnia ta nie ma precedensu w historii światowej kryminalistyki. Młoda kobieta została z perfekcyjną precyzją odarta ze skóry.

Prokuratura umorzyła śledztwo w tej sprawie w październiku 2000 roku, jednak cały czas sprawa pod kryptonimem „Skóra” była w kręgu zainteresowania organów ścigania. Siedemnaście lat później, w środę 5 października 2017 roku, policjanci z krakowskiego Archiwum X pod nadzorem Prokuratury Krajowej zatrzymali 52-letniego Roberta J., podejrzewanego o morderstwo ze szczególnym okrucieństwem.

Media każdego dnia przynoszą nowe informacje w tej sprawie, fakty mieszają z domysłami. Jak zawsze w takich przypadkach, organy ścigania są wyjątkowo oszczędne w ujawnianiu szczegółów sprawy. Nie chcąc wdawać się w spekulacje, przypominamy tekst z 2015 roku, w którym opisaliśmy okoliczności tego mrocznego i tajemniczego zabójstwa.

 

Boję się, że stało się jej coś złego

Zaginięcie Katarzyny Z. zgłosiła jej matka 12 listopada 1998 roku, bardzo zdenerwowana nagłym zniknięciem córki. Tamtego popołudnia 23-letnia studentka Uniwersytetu Jagiellońskiego nie powróciła z zajęć i nikt nie wiedział, co się z nią dzieje. – Boję się, że stało się jej coś złego – zapewniała jej matka Małgorzata, zgłaszając zaginięcie pani Katarzyny. – Nigdy to jej się nie zdarzyło! Kasia jest bardzo rozsądną i zdyscyplinowaną kobietą, jeśli planowała późniejszy powrót do domu, zawsze mnie o tym uprzedzała. Oczywiście, przyjmę zgłoszenie, ale z własnej praktyki powiem tylko, że może niepotrzebnie pani się denerwuje – oficer dyżurny jednej z krakowskich komend próbował ją uspokajać. – Studentom zdarza się dłużej zabalować, może została na noc u którejś z koleżanek i nie pomyślała, by o tym panią powiadomić. Po co od razu snuć czarne scenariusze. – Zbyt dobrze znam własne dziecko i wiem, że coś jej się stało. Proszę coś zrobić, bo zaczynam odchodzić od zmysłów…

 

Byłam przekonana, że Katarzyna jest chora

Tamtego feralnego listopadowego poranka 1998 roku Katarzyna jak co dzień wyszła rano na zajęcia. Tak przynajmniej powiedziała swojej rodzicielce, z którą umówiła się na popołudniowe zakupy w jednej z krakowskich galerii handlowych. Kobiety miały kupić ciepłe zimowe buty, nie wykluczały, że może coś jeszcze wpadnie im w oko. Jednak Małgorzata Z. – mama Kasi – na próżno wypatrywała córki przed wejściem do sklepu. Z pobliskiego automatu telefonicznego kilkakrotnie zadzwoniła do domu z nadzieją, że zastanie tam córkę, jednak nikt nie podnosił słuchawki. – Chyba będę musiała kupić jej telefon komórkowy, by mieć z nią kontakt – przemknęło jej przez głowę… Po półgodzinnym oczekiwaniu zdecydowała się wrócić do domu. O dziwo, drzwi wejściowe były zamknięte. Katarzyny nadal nie było! – Co się do licha z nią dzieje?! – zastanawiała się, jednocześnie coraz bardziej zdenerwowana nieobecnością córki.

 

Zadzwoniła do jednej z jej przyjaciółek, Jolanty K. – Nie wiesz, co się dzieje z Kasią? – zapytała. – Umówiłam się z nią po południu, jest już wieczór, a jej nie ma! Może została na jakichś zajęciach? – Kasia?! To niemożliwe! Od dwóch tygodni nie było jej na uniwersytecie i zachodzimy w głowę, co się z nią dzieje! – odpowiedziała pani Jola. – Byłam przekonana, że Kasia jest chora. Ostatni raz widziałam się z nią pod koniec października. Jak to, nie chodziła na wykłady i zajęcia?! Przecież codziennie rano przed wyjściem z domu zabierała plecak z książkami i zeszytami. Byłam przekonana, że jeździ na studia! – Proszę pani, wiem co mówię, Kasi od kilkunastu dni nie było na żadnych zajęciach!

Małgorzata Z. była zszokowana, miała wrażenie, że świat osuwa się jej spod stóp. Do tej chwili dałaby sobie głowę uciąć, że córka nie ma przed nią żadnych sekretów i nigdy nic nie ukrywa…

Tymczasem okazało się, że od dwóch tygodni wagaruje! Dlaczego jej o tym nie powiedziała? Ledwie co rozpoczęła naukę na nowym kierunku studiów, a już zaczęły się nowe problemy? – Będę musiała z nią poważnie porozmawiać – postanowiła w głębi duszy mama Kasi. – Niech tylko wróci do domu. Dziewczyna jednak nie wróciła. Następnego dnia zrozpaczona matka powiadomiła policję o zaginięciu córki, w poszukiwania której bardzo szybko włączyli się również studenci uniwersytetu.

Ogłoszenia o zaginięciu 23-latki pojawiły się w lokalnej prasie i miejscowej telewizji. Ktoś widział ją w autobusie jadącym do Chrzanowa… Ktoś inny twierdził, że przed kilkoma dniami spotkał ją w jednym z katowickich pubów… Ktoś inny zarzekał się, że przed kilkoma godzinami mijał się z nią na zakopiańskich Krupówkach. Każda taka informacja budziła iskierkę nadziei, że uda się wyjaśnić tajemnicę zaginięcia studentki. Niestety, za każdym razem tego typu informacje po dokładnej weryfikacji okazywały się blefem lub głupim żartem.

1 2 3 4 5 6 7>

UDOSTĘPNIJ W SOCJAL MEDIA:

Komentarze