W regionie świętokrzyskim niezwykle popularne były (i nadal są) czarownice. Babę Jagę można było poznać po tym, że nikomu nie patrzyła prosto w oczy, ponieważ w jej źrenicach można było dostrzec dwa koziołki, a nie własne odbicie.

Najpopularniejszym środkiem transportu czarownic były oczywiście miotły. Unosiły się na nich po wypowiedzeniu specjalnego zaklęcia. Zadarcie z nimi wiązało się z zemstą.

Jak łatwo się domyślić, wiedźmy nie cieszyły się sympatią, bo zabierały krowom mleko, zatruwały zwierzęta czy uwodziły cudzych mężów. Mimo to, niektóre kobiety chętnie spotykały się z nimi, aby nauczyć się paru „sztuczek”, czy nawet zamówić truciznę… Wiadomo było, że czarownice znają się na rozmaitych ziołach, z których potrafią przygotować mikstury o różnym działaniu. Tak naprawdę każda kobieta mogła zostać czarownicą. Wystarczyło, że zajmowała się niedozwolonymi sprawami, a posądzano ją o konszachty z diabłami.

Wiedźmy zbierały się nocami na Łysej Górze – drugim co do wielkości szczycie Gór Świętokrzyskich. Sabat rozpoczynał się roznieceniem ognia i ceremonią powitań. Potem była biesiada i tańce. W pierwszej parze szła czarownica z diabłem i ropuchą na ramieniu. Te, które nie znalazły pary, pląsały z czarnymi kotami. Sabat był czasem wymiany doświadczeń i przyrządzania tajemnych eliksirów.

Z nastaniem poranku, wiedźmy uwalniały się z objęć biesów, zabierały swoje przybory do czarowania, wsiadały na miotły i odlatywały do domów. Sama Łysa Góra, zwana kiedyś Łyścem, jest niezwykle ciekawym miejscem. Za czasów pogańskich stała na niej świątynia trzech bożków: Łady, Body i Lela. Słowianie również mieli tam swoją świątynię. Lud przychodził, aby się pomodlić i złożyć ofiary bogom. Oprócz świątyni stał na szczycie zamek. Mieszkała tam dumna białogłowa, która otoczona była wieloma służącymi-olbrzymami. Podobno owa dama pokonała pod Łysą Górą zastępy Aleksandra Wielkiego, a później kazała czcić się jako bogini Diana. Jej zuchwalstwo zostało ukarane: gromy roztrzaskały wspaniały zamek, rozsypując go na sterty kamieni, które do dziś widoczne są na gołoborzu. Pod ruinami budowli śmierć poniosła Diana i jej świta. Później, przez wiele lat okoliczni mieszkańcy odnajdowali tam olbrzymie piszczele oraz inne kości zwierząt przedpotopowych. Utwierdziło ich to w przekonaniu, że te ziemie rzeczywiście musiały zamieszkiwać wielkoludy.

Prasłowiańska góra przez wiele wieków od przyjęcia chrześcijaństwa była miejscem palenia ogni czerwcowych.

Agnieszka Kozak

UDOSTĘPNIJ SOCIAL MEDIACH:

Komentarze