Sprawa niemal zupełnie odeszła w zapomnienie. Mężczyznom zmieniły się twarze i sylwetki, także partnerki jednak najnowsza technika wsparła dociekliwych śledczych w wyborze właściwego portretu.

 

Trzydzieści cztery lata to całkiem wystarczający czas, by o sprawie zapomnieć. Jedni się rodzą, inni umierają. Czas zabliźnia rany i – choć nie w każdym przypadku – leczy z bolesnych przeżyć i  wspomnień. Nierzadko giną dokumenty i dowody, a zapisane ręcznie lub drukiem maszynowym zeznania świadków stają się mało czytelne. W pracy śledczych nawarstwiają się nowe sprawy, zacierające pamięć o tych z przeszłości.

W sprawie śmierci młodej kobiety z Pensylwanii portrety podejrzanych nie zniknęły ze ścian komisariatu, a fachowcy kryminalistyki, którzy niedawno rozpoczęli pracę w zawodzie, śmierć 23-letniej Janet Walsh potraktowali jako sprawę beznadziejną, ale zasługującą na ponowne zbadanie.

 

Samo życie

Na pierwszym portrecie w komisariacie policyjnym w Monaca widniała podobizna młodego, wesoło uśmiechającego się chłopaka, z pucułowatą, niemal dziecinną twarzą okoloną długimi, aż do ramion włosami, z grzywką opadającą na oczy. Taka obowiązywała wówczas moda. Ten młody człowiek znaczył najwięcej w życiu Janet. Scott Walsh, jej pierwszy chłopak, pierwszy mężczyzna, pierwszy mąż. Pierwszy i ostatni, bo już drugiego nie zdążyła przecież mieć.

Janet i Scott byli zakochani od pierwszej klasy szkoły średniej. Rodzaj pary popularny wówczas w każdej szkole amerykańskiej: trzymający się zawsze za ręce, wtuleni w siebie na przerwach, całujący się w stołówce. Scott musiał znosić szyderstwa, bo nigdy nie miał czasu dla kolegów i na zajęcia sportowe. Janet nagradzała mu te upokorzenia całkowitym oddaniem i wpisem do szkolnego rocznika: „Scott, nigdy nie przestanę Cię kochać…”.

Nikogo więc nie dziwiło, że rok po ukończeniu szkoły rzeczywiście nastąpił ślub. Oboje mieli po dwadzieścia lat. Nie poszli do college’u. On, zwyczajem większości młodych mężczyzn w zachodniej Pensylwanii, poszedł do stalowni. Ona została sekretarką. Zarabiali lepiej niż średnio, a jednak wzięli dom na kredyt. Zaczęli się zmagać z trzema ogromnymi kredytami: na dom i na dwa nowe samochody, co wepchnęło ich w sytuację zapowiadającą koniec wielkiej miłości.

Latem 1979 roku, zaledwie trzy lata po ślubie, Scott i Janet zdecydowali się na separację. Ich dom przeszedł na własność banku, samochody udało się pospłacać.

Janet wynajęła parter w domku dwurodzinnym i znalazła nową pracę sekretarki, tym razem w kompanii produkującej sprzęt chłodniczy.

Nikt z ludzi pamiętających tych dwoje z lepszych czasów nigdy by nie przypuszczał, że tak łatwo im się będzie rozstać, a potem z taką samą łatwością rzucić się w wir nowego życia.

 

Śmierć nad ranem

Przed południem, 1 września 1979 roku, do domu rodziców Janet zatelefonował Ron Ciccozzi, jej szef, a zarazem właściciel kompanii produkującej lodówki i zamrażarki. Stała się rzecz dziwna i dotychczas niesłychana: Janet nie przyszła na ósmą do pracy. Nie odbierała telefonów.

Rodzice też uznali, że sytuacja w niczym nie przypomina postępowania Janet. Najszybciej jak mogli pojechali do jej mieszkania. Zastali niezamknięte drzwi. Ojciec wszedł pierwszy.

Leżała w sypialni na łóżku, sprawiała wrażenie jakby spała. Skrępowane sznurem ręce, a wokół szyi zawiązana niebieska chusta nie pozostawiały wątpliwości, że została zamordowana.

Gdy zadzwonili, że Janet nie żyje, przeżyłem nieopisany szok – opowiada Francesco, jej najmłodszy brat. – Moja siostra, dziewczyna zaledwie 23-letnia… I to o niej mówią?! Rzuciłem się natychmiast do drzwi, by tam jechać, zobaczyć ją, by się przekonać, że to jednak kłamstwo. Mój starszy brat nie pozwolił mi wyjść z domu. Wiedział już wszystko i nie chciał, bym ją zobaczył. Związaną. Uduszoną. Martwą.

Tamtego wrześniowego dnia widział to Andy Gall z policji hrabstwa Beaver, 25-letni  początkujący detektyw. Miał za sobą zaledwie kilka wezwań w sprawie samobójstw, dwa wypadki drogowe ze skutkiem śmiertelnym oraz interwencje w konfliktach rodzinnych. Tym razem miał ujrzeć prawdziwą zbrodnię: zwłoki młodej kobiety w krótkim szlafroku, odsłaniającym znaczną część ciała, ze związanymi rękoma, uduszonej przy pomocy niebieskiej chusty zadzierzgniętej na szyi.

Podobne doświadczenie, równoznaczne z szokiem, miał Rich Matas, pensylwański policjant stanowy. W tamtych latach Pensylwania była krainą cichą i bezpieczną. Jakieś napady czy groźne w skutkach wypadki drogowe – tak; morderstwa – nie…

Była to moja pierwsza interwencja na miejscu zbrodni – przyznaje Rich Matas. – Doznałem wstrząsu, lecz już po chwili zacząłem przypominać sobie podręcznik ze szkoły policyjnej: „Wkraczając na miejsce przestępstwa bądź wyrozumiały i cierpliwy. Patrz uważnie i słuchaj, o czym to miejsce pragnie ci opowiedzieć…”

 

Sypialnia Janet Walsh mówiła niewiele.  Miejsce śmierci było czyste, zadbane, uporządkowane, jakby przed chwilą wyszedł kochanek, pozostawiając młodą kobietę zaspokojoną, szczęśliwą, pogrążoną w zdrowym śnie. Żadnych śladów walki czy  konfliktu. Na ciele denatki, oprócz tych obrzydliwych więzów ze zwykłego sznura na przegubach rąk i zaciśniętej na szyi chusty – ani śladu obrażeń, świadczących o ataku. Na skórze – żadnych nacięć, otarć czy siniaków. Miejsce zbrodni i ciało ofiary tak czyste, że aż zastanawiało, czy wydarzyło się tu jakieś przestępstwo, a tym bardziej zbrodnia.

1 2 3 4 5>

UDOSTĘPNIJ SOCIAL MEDIACH:

Komentarze