Mężczyzna był zaskoczony i przerażony, kiedy otoczyło go kilku facetów w czarnym umundurowaniu. Nie dano mu się otrząsnąć z szoku. Dostał kolbą karabinu w kark tak, że natychmiast znalazł się, zgodnie z poleceniem, na ziemi.

Równie szybko zakuto go w kajdanki i triumfalnie, utytłanego w błocie, przyprowadzono do samochodu komisarza dowodzącego akcją.

Straż zaalarmował o godzinie 18.15 przypadkowy spacerowicz. Wyszedł akurat z psem i zauważył płonącą altankę na terenie Pracowniczych Ogródków Działkowych „Radość”. Takie zdarzenie zimową porą jest, jak to sami strażacy określają, „normalką”. W dzielnicy Wrocław-Fabryczna spory teren zajmują działki, a największy taki sadowniczy areał przecina ulicę Klecińską, łączącą osiedla Nowy Dwór i Muchobór z główną miejską arterią – ulicą Grabiszyńską. Rejon jest typową sypialnią Wrocławia i jednocześnie jego zielonymi płucami. Tu także ściągają z całego miasta nie tylko bezdomni, szukający schronienia w opuszczonych altankach, ale również różnego rodzaju drobni przestępcy i narkomani. Często bywa i tak, że jeśli okoliczna łobuzeria dla hecy czegoś nie podpali, to uczynią to bezdomni.

W tym jednak przypadku zorientowano się natychmiast, że nie było to zwykłe zaprószenie ognia. W zgliszczach odkryto na pół zwęglone zwłoki mężczyzny, który z pewnością nie padł ofiarą wyłącznie czerwonego kura. Dobitnie świadczyła o tym tkwiąca w plecach nieszczęśnika siekiera.

Na miejscu zjawiła się ekipa dochodzeniowa, kierowana przez komisarza Artura M. z komisariatu policji Wrocław-Fabryczna. Lekarz sądowy i technicy kryminalistyki długo w spalonej altance nie zabawili. Podobnie i prokurator. Wszelkie ślady zostały i tak albo zadeptane przez strażaków, albo zatarł je topniejący szybko śnieg.

Zwłoki zabrano do sądowego prosektorium, a na pogorzelisku zostali tylko policjanci. Jeszcze tej samej nocy obudzili kilku bezdomnych, śpiących w znajdujących się w pobliżu altankach.

– Kto zajmował tę spaloną budę? – pytali policjanci.

– Ano, taki Czesiek, lat 35, może 40, a wyglądający z racji życiowego zmęczenia nawet na pięćdziesiątkę. Trunkowy był człowiek, nie stronił od towarzystwa, a w ten feralny wieczór widziano, jak przy ognisku siedział z jakimiś dwoma facetami i dziewczyną. Grzali się i „grzali dyktę”. Pan władza wie, no, denaturat albo jakieś inne wynalazki. Należało się im, bo cały dzień biegali w czwórkę za złomem, to i go trochę wyszabrowali z dawnej samochodowej bazy, co stoi i straszy ruderami tam, przy Strzegomskiej – tłumaczyli.

Niestety, tej nocy, podobnie jak i następnego dnia już w komendzie, lokatorzy działkowych budek niewiele w swoich zeznaniach wnieśli istotnego do sprawy. Opowiadali, że jeden z kompanów denata był „taki starszy, a dziewucha młoda, może ze dwadzieścia lat miała, taka czarniawa i z długimi włosami. Ubrana była w jasną ortalionową kurtkę, w spodniach się nosiła, ale lalunia, panie władzo była niczego sobie. I ten młody jeszcze, liczący najwyżej ze 25 lat, wysoki gdzieś na metr osiemdziesiąt, ale wyjątkowo nieuczynny i agresywny. Wynosił się ponad wszystkich, rządził na ogródkach, za byle co potrafił w mordę przyfasować. Zdrowiej było go omijać z daleka. Piotrek mu było czy jakoś tak. A może Paweł…”

Rysopisy podejrzanych były zatem więcej niż ogólne, mimo to komisarz Artur M. zarządził poszukiwania. Przetrząśnięto wszystkie okoliczne ogrody, a jak już wspomnieliśmy, zajmują one w tym rejonie miasta znaczny obszar.

Policjanci pytali o tę trójkę we wszystkich punktach skupu surowców, ale niczego konkretnego się nie dowiedzieli. Owszem, Cześka znano, ale z reguły to on sam zawsze pchał wózek ze złomem czy puszkami po piwie. – Szkoda go, bo dobry był z niego chłop, spokojny, nie wadził nikomu – mówili. Z tym ostatnim stwierdzeniem nie wszyscy się jednak zgadzali. Przecież bez powodu nikt nikomu siekiery w plecy nie wbija. Tak by się przynajmniej wydawało.

 

Sklepowa złodziejka

Dwa miesiące później komisarz Artur M. odłożył sprawę ad acta. W tym czasie uaktywniło się kilkunastu innych miejscowych przestępców i trzeba było z nimi zrobić porządek, ku zadowoleniu mieszkańców dzielnicy. Do zabójstwa na działce wrócono dzięki temu, że komisarz miał fotograficzną wręcz pamięć do rysopisów. W marcu policjanci przywieźli do komendy sklepową złodziejkę, niejaką Agnieszkę W., lat dwadzieścia. Ze stoiska monopolowego hipermarketu usiłowała wynieść w rękawie kurtki butelkę wódki. Zauważył ją personel, podobnie jak i towarzyszącego jej młodego, wysokiego chłopaka. Jednak jej kompan wyrwał się ochroniarzom i uciekł.

Po złodziejkę przyjechał radiowóz, a ponieważ nie miała przy sobie żadnych dokumentów, postanowiono sprawdzić jej tożsamość w komisariacie. Szczęśliwym trafem przesłuchujący policjant miał otwarte drzwi od swojego pokoju i przechodzący komisarz Artur M. mimochodem zerknął na zatrzymaną. Przeszedł dalej, ale skojarzył, że przecież ta kobieta przypomina opis owej dziewczyny z altanki. Postanowił sprawdzić swe przypuszczenia.

 

Wywołał kolegę na korytarz:

– Słuchaj, kradzież gorzały to jedno, ale dokładnie rozpytaj ją, co robiła 11 lutego wieczorem, gdzie ostatnio mieszka i czym się zajmuje?

Dziewczyna chętnie odpowiadała. Mieszka na osiedlu Huby, mimo młodego wieku ma dwoje dzieci, które wychowują się w domu dziecka. Od roku tuła się po działkach. A jej 23-letni kompan, który właśnie uciekł, nazywa się Piotr C. i chociaż pochodzi z porządnego domu, to jest od dwóch lat na różnego rodzaju „rykowiskach”. Czyli mieszka i śpi po ogródkach, bo starzy wywalili go na zbity pysk po tym, jak kilka razy oczyścił im chałupę z bardziej wartościowych przedmiotów, kiedy potrzebował forsy na narkotyki. I tak razem jakoś sobie radzą.

– To on zaciukał Cześka przy Klecińskiej? – padło niespodziewane pytanie.

1 2 3>

UDOSTĘPNIJ SOCIAL MEDIACH:

Komentarze