Piątego grudnia 2000 roku zaniepokojeni rodzice Michała J. zawiadomili policję w Z. o zaginięciu syna. – Syn wyszedł wczoraj ze sklepu około godziny siedemnastej.

Zabrał z sobą dzienny utarg – 1900 złotych. Miał zanieść pieniądze do banku i wrócić przed dziewiętnastą, aby zamknąć sklep. Nie pojawił się jednak. Nie było go w nocy w domu. Rano nie przywiózł towaru do sklepu. W tej chwili synowa szuka go sama, ale policja też musi coś zrobić – prosiła matka Michała J. Dodała, że synowi nie zdarzały się wcześniej takie zniknięcia na noc.

Zanim policjanci zdążyli spisać protokół o zaginięciu, na numer alarmowy komendy zadzwoniła żona Michała J.

– Znalazłam w lesie spalony samochód mojego męża. W środku jest ciało. Chyba nie ma głowy. Nie wiem, kto to. W pobliżu są kałuże krwi. Przyjeżdżajcie – błagała roztrzęsiona kobieta.

Chwilę później radiowozy mknęły w stronę pobliskiego lasu. Policjanci bez trudu znaleźli niewielką polanę. Pośrodku stał doszczętnie wypalony dostawczy Renault Trafic. Swąd spalenizny był trudny do zniesienia. W aucie leżały zwłoki. Mimo zwęglenia widać było, że ciało nie ma głowy. Policyjni technicy zajęli się śladami. Nagle jeden z ich wskazał na pojemnik na mięso, który stał w kącie bagażówki.

– Tam jest głowa – wychrypiał przez zaciśnięte z przerażenia zęby.

 

Zdradził ich Jeep

W tym samym czasie druga z policyjnych ekip przeczesywała drogę przy łąkach. Tam, w wyjeżdżonym przez samochody miejscu, widniały dwie ogromne kałuże krwi. Obok leżała granatowa skarpetka oraz pieczątka firmowa Michała J. Jeden z funkcjonariuszy znalazł w brunatnej mazi złoty łańcuszek z krzyżykiem.

– To łańcuszek mojego męża. Poznaję, ponieważ był robiony na zamówienie. Mąż nigdy go nie zdejmował. To jego ciało jest w samochodzie. On nie żyje – rozpaczała żona Michała J.

Mimo ogromnego bólu kobieta szczegółowo opowiedziała policjantom, w jaki sposób odnalazła w lesie spalony samochód męża.

Okazało się, że dopomógł w tym nastoletni kolega córki państwa J. Dziewczyna opowiedziała w szkole, że ojciec nie wrócił na noc do domu i cała rodzina się o niego martwi. Wówczas jeden ze szkolnych kolegów przypomniał sobie, że widział po południu auto jej ojca, które stało na drodze przy łąkach niedaleko jego domu. Obok parkował też drugi samochód, który wzbudził zainteresowanie chłopca.

– To był taki nowoczesny Jeep Cheeroke – opisywał nastolatek.

Po powrocie ze szkoły córka opowiedziała matce o spostrzeżeniach kolegi. Dzięki tym informacjom żona Michała J. trafiła na drogę przy łąkach i tam odkryła plamy krwi. Po samochodowych śladach dojechała na polanę w lesie, gdzie stał spalony Renault.

Policjanci nie mieli problemu z ustaleniem, kto w miejscowości Z. jeździł Jeepem. „Terenówka” należała do 30-letniego Marcina R. Ten wysportowany i mocno umięśniony mężczyzna dobrze był znany funkcjonariuszom. Nie dość, że w komendzie miał pokaźną kartotekę z kilkoma wyrokami na swoim koncie z lat młodzieńczych, to jeszcze jakiś czas temu wrócił po długiej nieobecności z zagranicy i chełpił się swoją służbą w Legii Cudzoziemskiej. W miasteczku wszyscy szeptali na jego widok: „To ten były żołnierz Legii Cudzoziemskiej. Walczył w Afryce”.

W feralnym dniu Marcin R. był widziany z 23-letnim Andrzejem K. (znanym w Z. dilerem narkotyków) oraz jego rówieśnikiem Dariuszem W.

Obaj młodzi mężczyźni pracowali przy remoncie mieszkania Marcina R. Co jednak łączyło tych trzech mężczyzn ze spokojnym właścicielem sklepu? Jeszcze bardziej zastanawiało policjantów, dlaczego doszło do tak makabrycznej zbrodni. W początkowej fazie śledztwa przyjęli, że motywem zbrodni musiała być zemsta lub porachunki.

– Nikt przy zdrowych zmysłach nie zabijałby w tak okrutny sposób dla rabunku niecałych dwóch tysięcy złotych, które ofiara miała przy sobie – ocenili funkcjonariusze.

 

Kompani do wódki

 Jeszcze tej samej nocy policjanci zatrzymali w domach wszystkich trzech mężczyzn. Siostra Dariusza W. przyznała, że dzień wcześniej brat wrócił do domu późnym wieczorem. Był pijany. Palił w piecu swoją bluzę. Nie chciał powiedzieć, co się stało. Zagadywany przez matkę, dlaczego pali ubranie, powtarzał tylko: „tak trzeba”. W mieszkaniu Andrzeja K. funkcjonariusze znaleźli poplamione krwią buty i rozwieszone na sznurku mokre spodnie. Zaś Marcin R. miał w kieszeni spodni kwit z autokomisu, z którego wynikało, że wstawił Jeepa Cheeroke do sprzedaży. Poza tym miał jeszcze rachunek z samochodowej myjni.

Mimo późnej pory policjanci zaczęli przesłuchiwania podejrzewanych o makabryczną zbrodnię. Szybko okazało się, że każdy z mężczyzn przestawił inną wersję wydarzeń. Żaden nie przyznał się do zabicia Michała J. Udało się jedynie ustalić przebieg feralnego wieczoru.

W tym dniu Andrzej K. oraz Dariusz W. zakończyli remont mieszkania Marcina R.

 

– Opijemy to. Ja stawiam – zaproponował po pracy szczęśliwy właściciel mieszkania i żeby nie być gołosłownym, poszedł do sklepu po wódkę. Przy sklepie spotkał Michała J. Mężczyźni znali się z widzenia. Sklepikarz był podpity, lekko się zataczał. Widać alkohol dodał mu odwagi, bo nagle zaczepił Marcina R.

– Idziesz na wódkę? Przyłączę się, tylko kupię flaszkę. Możemy pić w moim aucie – nieoczekiwanie zaproponował byłemu legioniście.

1 2 3>

UDOSTĘPNIJ SOCIAL MEDIACH:

Komentarze