W 1993 roku Peter Tobin mieszkał w Leigh Park na przedmieściu 120-tysięcznego Havant w brytyjskim Hampshire. Jak zawsze starał się nie zwracać na siebie zbytniej uwagi i nie zdobywać zbyt wielu przyjaciół. Utrzymywał się – tak jak przez całe życie – z prac dorywczych. 4 sierpnia dwie 14-letnie dziewczynki przyszły z wizytą do jego sąsiadki.

Tej jednak nie było w domu, więc dziewczęta zadzwoniły do drzwi Tobina. Mężczyzna niewiele się zastanawiając powiedział im, że kobieta niedługo wróci, a poczekać mogą u niego. Weszły do środka. 47-latek odesłał swojego, 5-letniego wówczas, syna Daniela do drugiego pokoju, a sam zaczął poić dziewczęta alkoholem.

Podał im też niewielkie tabletki: być może amitryptylinę, którą podawał także innym swoim ofiarom: jednak dziewczynki wykorzystały chwilę nieuwagi mężczyzny i schowały proszki. Po pewnym czasie zaczął działać alkohol. Mieszanka cydru i wódki szybko spowodowała, że 14-letki nie tylko straciły kontrolę nad sobą, ale i możliwość stawiania oporu. Gdy tak się stało, Tobin wymieszał psychotropy z winem i grożąc nożem kuchennym zmusił jedną z dziewczyn, by wypiła tak przyrządzony „koktajl”.

Kiedy ofiary straciły przytomność: 47-letni mężczyzna brutalnie je zgwałcił. Po wszystkim zorientował się, że musi uciekać, ponieważ rodzice dziewcząt wiedzieli gdzie poszły.

Bał się, że wkrótce zaczną się poszukiwania. Zadzwonił do swojej trzeciej żony, by ta odebrała syna Daniela. Sam w tym czasie spakował się. Odkręcił też gaz prawdopodobnie chcąc, by wybuch zatarł ślady. Gdy żona zabrała dziecko – Tobin zniknął.

 

Ucieczka i wyrok

Jednak gaz nie wybuchł. Jedna z ofiar zboczeńca obudziła się po kilkunastu godzinach i widząc zakrwawione więzy na swoich nadgarstkach oraz kostkach, bieliznę ściągniętą do kolan i nieprzytomną przyjaciółkę leżącą obok w takim samym stanie, wybiegła z krzykiem z mieszkania. To szybko sprowadziło na miejsce policję. Ta bez zwłoki rozpoczęła poszukiwania 47-letniego mężczyzny.

Ale ten był już dość daleko. A na dokładkę w miejscu, w którym raczej nikt by go nie szukał. Tobin – który teraz przedstawiał się jako Peter Wilson – pojechał do nadmorskiego Brighton. Tam trafił na grupę wycieczkowiczów z kościoła z Warwickshire i przyłączył się do nich. Powiedział, że jest bezdomnym szukającym schronienia. Dodał także, że jest dobrym chrześcijaninem, za którego zresztą się uważał. Poszło mu tym łatwiej, że był, przynajmniej na swój chory sposób, religijnym człowiekiem. Znał Pismo Święte. Często podkreślał swoją wiarę i używał języka o biblijnym rodowodzie.

Był na tyle przekonujący, że chrześcijańska grupa z okolic Southam zabrała go ze sobą i zaoferowała schronienie, za które odpłacał wykonując prace remontowe w kościele. To trwało mniej więcej miesiąc. Dziwne zachowania Tobina vel Wilsona wzbudziły niepokój wspólnoty i grzecznie poproszono go o opuszczenie kościoła. Zaledwie kilka dni później w telewizyjnym programie Crimewatch pokazano jego twarz prosząc o informacje. Przerażeni parafianie skontaktowali się z policją. To pozwoliło zawęzić obszar poszukiwań i zatrzymać 47-latka w Brighton, do którego wrócił.

Sąd bez wahania uznał jego winę. Jednak wymierzona kara nie była zbyt wysoka. Za podwójny, brutalny gwałt na 14-letnich dziewczętach, skazano go na 14 lat więzienia. Co oznaczało, że będzie mógł liczyć na wyjście już po… siedmiu. I tak się stało. Po połowie odsiadki zwolniono go warunkowo. Złamał jednak zasady wcześniejszego zwolnienia i trafił za kraty jeszcze na trzy lata. Gdy wyszedł był 2004 rok.

 

Na plebanii

Wrócił do starych zwyczajów. Starał się nie zwracać na siebie uwagi i nie zawierać przyjaźni. Utrzymanie zapewniały mu jak zwykle prace dorywcze. W 2006 roku skorzystał ze sprawdzonej techniki i zjawił się, udając bezdomnego, w kościele Świętego Patryka w Glasgow. Szukał dachu nad głową oferując w zamian pomoc w pracach remontowo-budowlanych.

Proboszcz Gerry Nugent był dość nietypowym księdzem i przyjął pod swój dach mężczyznę, który przedstawiał się jako Pat McLaughlin. Zresztą nie tylko jego. Plebania parafii ks. Nugenta była bowiem swoistym schroniskiem, przez które przewijały się dziesiątki ludzi potrzebujących schronienia lub tylko przejściowego dachu nad głową. A wśród nich także młode kobiety, które były słabością kapłana.

Jedną z osób, które skorzystały z zaproszenia była Angelika. Studentka z Gdańska, która – jak większość młodych Polaków – reperowała swój budżet na Wyspach Brytyjskich. Pierwsze wakacje po akcesji Polski do Unii Europejskiej spędziła w Edynburgu. Jednak w 2005 roku jej wybór padł na Glasgow. Tam pracowała jako sprzątaczka i pokojówka. Zaczęła też odwiedzać lokalną katolicką wspólnotę. Podczas tych wizyt poznała ponad 60-letniego księdza, Gerry’ego Nugenta.

 

Polubili się na tyle, że kiedy dziewczynie wypowiedziano pokój (a szukanie nowego na zaledwie kilka tygodni było problemem) ksiądz zaoferował jej miejsce na plebanii, które miała odpracować sprzątając kościół. 22-latka zgodziła się. Wkrótce po przeprowadzce Nugent zaczął ją adorować. Kupował drogie prezenty, starał się zbliżyć do dziewczyny. I udało mu się. Między księdzem i młodziutką Polką rozpoczął się romans, który trwał do końca wakacji i powrotu Angeliki na studia.

Jednak bliska znajomość pozwalała myśleć o powrocie do Glasgow także w kolejne wakacje. Podczas przerwy letniej w 2006 roku 23-latka wróciła do Świętego Patryka i ponownie skorzystała z gościny na plebanii. Tym razem jednak nawiązała znajomość z innym mężczyzną. Studentka została nianią u pary zamożnych Rosjan. Tam poznała 40-letniego właściciela firmy przewozowej. Polubiła go, a on ją.

Wkrótce zaczęli ze sobą romansować. Mężczyzna był żonaty, co powodowało, że miejsce na schadzki było pewnym problemem. Dlatego spotykali się w budynkach parafii. Wkrótce o wszystkim dowiedział się… proboszcz. Ale nie tylko. Także i żona Martina MacAskilla – tak nazywał się mężczyzna – która postawiła mu ultimatum: „ja albo ona”. Po czym poleciała na Majorkę, by „zastanowić się nad wszystkim”. 40-latek, który nie chciał ryzykować swojego stałego związku dla romansu z dopiero co poznaną dziewczyną poleciał za nią.

Z Angeliką chciał się skontaktować po powrocie. I tak zrobił. Umówił się z nią w niedzielę, 24 września. Jednak, gdy próbował do niej zadzwonić, by potwierdzić spotkanie włączała się poczta głosowa lub nikt nie odbierał.

1 2 3 4 5>

UDOSTĘPNIJ SOCIAL MEDIACH:

Komentarze