Prowadziły do niego głębokie odciski butów, widoczne w mokrej ściółce, bo w pobliżu rozciągały się bagna. Policja szybko ustaliła, że ofiarą jest 16-letni Piotr M. z Warszawy. Jego matka zgłosiła, że poprzedniego dnia chłopiec pojechał z kolegami na grilla i nie wrócił na noc. Jednym z nich był najbliższy przyjaciel chłopca, Jan S. Starszy o dwa lata ani się nie uczył, ani nie pracował.

Gdy funkcjonariusze weszli do mieszkania rodziców Jana S., chłopak pobiegł do swego pokoju i szybko wyłączył komputer. Zapytany skąd taka nerwowość tłumaczył, że właśnie oglądał zdjęcia pornograficzne i wstydzi się tego. Ale okazało się, że strona internetowa była otwarta na rozkładzie lotów samolotowych do Anglii, gdzie zarabiała na życie jego matka. Kilka godzin wcześniej syn zawiadomił ojca, że zamierza na pewien czas „wyskoczyć” do Wielkiej Brytanii.

Chłopak pytany pierwszy raz o Piotra niewiele miał do powiedzenia. Owszem, znają się, dwa dni temu siedzieli obok siebie w samochodzie, kolega wiózł ich na imprezę. To miał być grill w podwarszawskich lasach. Ale kolega pokłócił się z Piotrem i nikt już nie miał ochoty na imprezowanie. W połowie drogi on wysiadł z samochodu, wrócił do domu autobusem. Z Piotrem jeszcze się nie kontaktował.

Następnego dnia śledczy, którzy wiedzieli już więcej, ponownie zapukali do mieszkania Jana S. Nie było go w domu; powiedział ojcu, że musi na chwilę zniknąć, aby nie rzucać się w oczy, po czym zaszył się u babci w peryferyjnej dzielnicy Warszawy. Tam o godzinie 1 w nocy został zatrzymany pod zarzutem, że nie ujawnił organom ścigania prawdy o losach Piotra M. Wtedy przyznał, że kłamał na pierwszym przesłuchaniu.

Jego kolejna wersja wydarzeń w lesie brzmiała tak: „Na imprezę pojechałem z Piotrem M., Julkiem A. i jego kolegą – nie zapamiętam imienia, bo widziałem go po raz pierwszy. Gdy znaleźliśmy się w pobliżu lasu, Julian kazał temu koledze „wypie…”. Nim pozbierał wyrzucone na ziemię swoje rzeczy, odjechaliśmy. Wcześniej Julian mówił mu, że musi Piotrusia nauczyć szacunku dla starszego o siedem lat kumpla. Ale w jaki sposób? Tego Jan S. nie wiedział.

Dojechaliśmy w okolice Kobyłki, tam się zatrzymaliśmy. Na polanę szliśmy dróżką, gęsiego. W pewnej chwili Piotr z okrzykiem: „kości zostaną skruszone” rzucił się na Juliana. Słychać było tępe uderzenia, charczenie. Stanąłem, bo w ciemnościach bałem się iść dalej.

W końcu przemogłem strach i podszedłem do miejsca, gdzie leżał Piotr. Zorientowałem się, że chłopak nie żyje”.

– I co było dalej? – zapytał policjant.

– Rozeszliśmy się i tyle.

 

Nie ma „przebacz”

Śledczy zainteresowali się Julianem A. Z wywiadu dzielnicowego dowiedzieli się, że chłopak ma wykształcenie podstawowe i uzależniony jest od narkotyków. Pracuje dorywczo na budowach, zarabia około tysiąca złotych. Gdy miał 19 lat, karany był za rozbój (dostał rok w zawieszeniu).

Dwa dni po znalezieniu ciała, Julian A. przyznał się do zabicia Piotra nożem. – W lesie było ciemno, uderzałem, gdzie popadnie – zeznał.

Piotra znał od 2 lat. Handlowali razem narkotykami, które hurtowo załatwiał Piotr M. Najlepszy interes był na amfetaminie, on na każdym sprzedanym gramie zarabiał na czysto 25 zł. Ale sam zaczął brać i przez to zadłużył się u Piotra M. Był mu winien ponad 10 tys. zł, a jeszcze złodzieje obrabowali piwnicę, gdzie miał ukryte pół kilo amfy. U Piotra nie było „przebacz”, kazał oddać pieniądze. Julian A. ukrywał się przed nim, nie odbierał telefonu. Natknęli się na siebie przed miesiącem, na ulicy. Piotr M. choć młodszy, był silny, kiedyś trenował boks, więc wciągnął go do samochodu i wywiózł do lasu. Tam wyjął z bagażnika nogę od stołka i mocno pobił Juliana. Przestał się nad nim znęcać dopiero wtedy, gdy ten zobowiązał się co miesiąc spłacać dług. Piotr ostrzegł go, że jeśli nie dotrzyma słowa, połamie kości również jego mamie. Julian oddał tylko 500 zł, które notabene wygrał w automatach.

 

– 14 sierpnia 2009 roku wieczorem – wyjaśniał Julian A. w śledztwie – pojechaliśmy w czterech: Janek, Piotr, ja i Maciej O. samochodem Piotra za miasto. Po drodze zabraliśmy jednego chłopaka, którego nie znałem. W lesie Piotr mnie zaatakował uderzając w twarz. Dostałem z dziesięć ciosów, aż Jasio, który był najlepszym kolegą M., kazał dać mi już spokój. Ale Piotrek jakby nie słyszał, bił coraz mocniej. Choć się zasłaniałem, zdołałem wyjąć nóż myśliwski, który miałem schowany w spodniach – kupiłem go na bazarze z obawy przed M. Wbiłem ostrze na oślep w brzuch Piotra aż po rękojeść. Upadł, ale ja z wściekłości, że groził mojej mamie połamaniem nóg, dalej uderzałem, aż padł. Sprawdziłem, że już nie oddycha i przysypałem ciało ziemią. Wiem, że Piotr nie miał noża, bo gdy już się nie ruszał, przeszukałem mu kieszenie. Zdjąłem mu z paska saszetkę, w której było 40 złotych. W drodze powrotnej do Warszawy żaden z chłopaków nie powiedział ani słowa.

Julian po wyjściu z samochodu owinął nóż w folię i wrzucił do pojemnika na śmieci. Potem poszedł na piwo i siedział przy kuflu do rana.

W trakcie przesłuchania nie stwierdzono na ciele Juliana A. żadnych śladów pobicia, nawet zasinień. Julian został aresztowany. Ku rozpaczy matki nie chciał z nią kontaktu. Szybko natomiast związał się z więźniami grypsującymi.

Policjant, który konwojował A. do aresztu i rozmawiał z oskarżonym dowiedział się, że Piotr M. został zamordowany na zlecenie Jana S., który mu pomagał w zabijaniu.

1 2 3>

UDOSTĘPNIJ SOCIAL MEDIACH:

Komentarze