Praca w miejskim szpitalu w Sz. dawała panu doktorowi Mieczysławowi D. dużo zadowolenia i pieniędzy z przewagą tych drugich. Do czasu, kiedy to pieniądze właśnie zniszczyły doktorowi zadowolenie i pracę bezpowrotnie.

Pieniądze, choć trafiły do doktora w kopercie, to nie przyniosła ich bynajmniej poczta, ale pewien mąż, którego żona usiłowała dojść do zdrowia na szpitalnym korytarzu. Po przekazaniu koperty kobieta trafiła do kameralnej dwuosobowej sali z telewizorem.

Pomimo poprawy warunków chorowania zdrowie tej pani nie poprawiło się i konieczna była operacja, której podjął się Mieczysław D. Po operacji chora nie pojechała już na salę z telewizorem, tylko prosto do szpitalnej kostnicy. Bardzo to rozzłościło męża zmarłej, który tak niespodziewanie został wdowcem. Mężczyzna złożył doktorowi D. reklamację w formie awantury w jego szpitalnym gabinecie i zażądał także zwrotu pieniędzy. Doktor D. pieniędzy oddać nie chciał, bo uważał, że dostał je tylko za przeniesienie chorej z korytarza na salę, a nie za operację, którą jako lekarz z powołania zrobił zupełnie gratis. Awantura odbiła się echem po szpitalnych korytarzach i trafiła także do uszu tych, co szpitalem kierowali.

Przy tej okazji doktor D. przekonał się, że stara łacińska sentencja „pecunia non olet” okazała się tak stara, że nawet przestarzała, bo nie dotyczy zapachu współczesnych pieniędzy wręczanych w kopercie.

Taki się bowiem z tych pieniędzy smród po szpitalu rozniósł, że doktorowi D. zrobiło się od tego smrodu duszno i do pracy chodzić przestał. Poszedł natomiast na zwolnienie, oczywiście lekarskie.

 

Zmiana klimatu

– Wziąłeś te pieniądze czy nie, to już nie ma żadnego znaczenia – orzekł dyrektor szpitala. – Jeżeli wszyscy w szpitalu mówią, że wziąłeś, to tak jakbyś je wziął.

– Waldek! Nie rób mi tego, przecież jesteśmy kumplami! – apelował do męskiej solidarności doktor D.

Apel jednak nie pomógł i Mieczysław D. pozostał bez pracy. Była to dla niego sytuacja wyjątkowo niekorzystna, bo właśnie zakończył budowę domu, natomiast spłatę zaciągniętego na jego budowę kredytu dopiero rozpoczął. Pracę musiał znaleźć szybko i to dobrze płatną, bo raty kredytu nie były małe.

W mieście Sz. na zatrudnienie nie miał co liczyć, jako że jego łapówkarska sława pozamykała przed nim drzwi nielicznych miejscowych szpitali. Zrozumiał, że musi zmienić klimat na bardziej przyjazny i poszukać pracy tam, gdzie o nim nie słyszeli, a najlepiej za granicą.

Długo szukać nie musiał. Wystarczyło odświeżyć znajomości z okresu zagranicznego stażu, aby już niebawem móc spakować walizki swoje i żony, także lekarki. Małżonka miała pewne opory, bo pracować w Polsce lubiła, ale Mieczysław D. potrafił ją przekonać:

– Jak cię złapią z kopertą w dłoni, to pożałujesz, że mnie nie posłuchałaś!

– A co z domem? Rozejrzyj się w około! Przecież zaraz się do niego włamią i wszystko nam rozkradną! Nie wiesz, w jakim złodziejskim kraju żyjesz? – nie bez racji argumentowała.

Mieczysław D. rozejrzał się i przyznał żonie rację. Z tego domu było co ukraść. Pan doktor pochodził z zamożnej rodziny z tradycjami. Pokoje przepełnione były meblami i bibelotami o niewielkiej jednak w większości wartości. Było też kilka bardziej drogocennych przedmiotów. Dom był wprawdzie wysoko ubezpieczony i wyposażony w antywłamaniowe zabezpieczenia wysokiej klasy, w tym w profesjonalnie rozbudowany system alarmowy, ale wiadomo, że na złodzieja rady nie ma, szczególnie jak gospodarza w domu brakuje.

Doktorstwo D. było jednak zdeterminowane „wyjątkowymi okolicznościami” kredytu i gdy już walizki spakowało zwróciło się o doglądanie dobytku do zaufanych sąsiadów K. Sąsiedzi, choć bez entuzjazmu, to jednak się zgodzili. Mieczysław D. wraz z kluczami do domu przekazał im kod systemu alarmowego i konewkę do podlewania kwiatów w doniczkach.

 

Dom pod specjalnym nadzorem

Sąsiedzi K. okazali się godni zaufania. Domostwa doglądali nawet kilka razy dziennie. Dom wyglądał na zamieszkały i nie budził zainteresowania włamywaczy. Był to jednak obowiązek męczący i gdy sąsiedzi poczuli, że zmęczył już ich ostatecznie, obarczyli nim swojego blisko 20-letniego syna Łukasza K.

 

Chłopak radził sobie z systemem alarmowym, a nawet z podlewaniem kwiatów w doniczkach, chociaż początkowo niechętnie doglądał sąsiedzkiego dobytku. Z czasem polubił swoje nowe obowiązki. Doktorstwo D. miało dobry sprzęt audiowizualny i świetnie zaopatrzony barek. Łukasz K. często zostawał w ich domu na noc i w ogóle spędzał tu cały swój wolny czas. Miał go sporo, bo z powodu zaniku postępów w nauce zapał do edukacji przedwcześnie utracił, a do żadnej pracy jeszcze go w sobie nie odnalazł.

Czas mijał szczęśliwie do czasu, kiedy nastał dzień dwudziestych urodzin Łukasza K. Tak wielkie wydarzenie młodzieniec zapragnął uczcić hucznie, w gronie przyjaciół, których z racji swojego wesołego usposobienia miał wielu. O sfinansowanie tego uroczystego przedsięwzięcia zwrócił się do swojego ojca. Pan K. prośbę zdecydowanie odrzucił. Decyzję swoją umotywował względami ogólnospołecznymi, z naciskiem na mikroekonomię podstawowej komórki społecznej jaką jest rodzina, co wyraził następującymi słowami:

– Nie będę wyrzucał moich ciężko zarobionych pieniędzy na wódę dla nieroba!

Łukasz K. był jednak młodzieńcem o silnym charakterze i ojcowska odmowa nie zniechęciła go do realizacji rozrywkowych planów. Postanowił ograniczyć grono zaproszonych gości tylko do najbliższych przyjaciół i całą piętnastkę zaprosić na swoją urodzinową imprezę do gościnnego domu doktorstwa D.

1 2 3 4>

UDOSTĘPNIJ SOCIAL MEDIACH:

Komentarze